
Radio rock for kids… Kids?
Sobota rano. Budzisz się wcale nie tak wcześnie, ale jeszcze teoretycznie zdążysz na 5–10–15. Obracasz się na drugi bok – w końcu od tego są weekendy, żeby odespać, nie? Ktoś ściąga z Ciebie kołdrę, ktoś domaga się odkurzania, ktoś chce jechać na zakupy bo weekend. Czemu dziś, skoro jutro też wszystko otwarte? Nie wiesz, ale z wkurwem zwlekasz się z łóżka.
Włączasz swoje ulubione radio, które jak zawsze idealnie wpasowuje się w nastrój dzieciaków takich jak my. Another Brick in the Wall? No idealnie. Podkręcasz głośność na maksa. Niech ci ludzie w pokoju obok wiedzą, jak bardzo ich teraz nienawidzisz. Ktoś nie wytrzymuje i zaczyna drzeć łapę. Przełączasz się na słuchawki – akurat w radiu wskakuje The Clash.
Przy dźwiękach Should I Stay or Should I Go wystawiasz język za plecami osoby, która właśnie Cię opierdoliła. Ze złością ciągniesz odkurzacz do przedpokoju. Co oni sobie wyobrażają? Że nie ma ciekawszych rzeczy do roboty w życiu niż sprzątać? I co jeszcze – może okna umyć, bo ładna pogoda? I frytki do tego!
Pierwsze takty Immigrant Song wprowadzają Cię w jeszcze bardziej bojowy nastrój. Odpalasz odkurzacz. Nogi same niosą do przodu. To będzie najlepiej sprzątnięte mieszkanie w Twoim życiu. Dywany – największy wróg wolności. Ale mogło być gorzej: mogły być kafelki, a mopa nienawidzisz bardziej niż systemu. Przy dźwiękach Smells Like Teen Spirit na kopach wynosisz odkurzacz do kolejnego pokoju. Na słuchawkach Jimi, a Ty razem z nim wygrywasz akordy Voodoo Child – on na gitarze, Ty na rurze od odkurzacza.
Zaplątujesz się w kabel i zaliczasz glebę. Współlokatorzy patrzą na Ciebie z politowaniem. Ale dasz radę – kto, jak nie Ty? Podnosisz z podłogi siebie i resztki swej godności. Na słuchawkach Metallica – off to never-never land. Tylko przez kilka sekund udaje Ci się nie pogować i śpiewać. No bo sleep with one eye open, kurde lebele jego mać. Współlokatorzy zaczynają Ci się przyglądać z coraz większym zainteresowaniem.
Udajesz wyjątkowe skupienie na sprzątaniu, ale nogi same tupią do Sharp Dressed Man. Przenosisz się więc z odkurzaczem do drugiego pokoju. Wciąż masz do nich pretensje, że nie dali Ci obejrzeć Teleranka. Nucisz We Will Rock You, wyciągając koty kurzu spod szafy. Przy Song 2 ścierasz kurze z półek – co tam, że zostają smugi.
Jeszcze tylko łazienka i masz spokój, prawda? Prawda?
Na słuchawkach słyszysz, jak Iommi gra solówkę z Iron Mana. Towarzyszysz mu oczywiście, wygrywając akordy na swojej niewidzialnej gitarze. Czy Zakk Wylde też ma tak mało miejsca na scenie? Nie wiesz. Wiesz jednak, że Zakk Wylde nie musi się martwić stłuczonym wazonem – a Ty tak. No kto to widział stawiać jakieś jeziorany na trasie Twojego niewidzialnego Stratocastera? Na szczęście wazon tylko pękł na pół. To się sklei. Będzie jak nówka nieśmigana. Rytmy Back in the Black skutecznie odwracają Twoją uwagę od szkła. Odkurzanie skończone. Współlokatorzy gestem wskazują na odkurzacz, drugą ręką podając Ci worek ze śmieciami.
A, tak. Jeszcze trochę roboty przed Tobą.
Przyglądasz się odkurzaczowi. Jak to diabelstwo otworzyć? Przypominasz sobie ostatni odcinek MacGyvera, ten z wczoraj. Nie masz sznurówek, więc nici z helikoptera, ale masz spinacz – dasz sobie radę. Taki z Ciebie John McClane. Jupikajej, odkurzaczu.
Podważasz klapę, wyciągasz worek, wyruszasz w podróż do śmietnika. Cóż to jest za wyprawa! Skaczesz po schodach akurat do Jetów, razem z nimi śpiewając cały tekst Are You Gonna Be My Girl. Ładujesz śmieci do kosza. Sąsiadka zaczyna się dziwnie przyglądać. Razem z Mickiem śpiewasz jej Pleased to meet you, hope you guess my name. Postawiłabyś ostatnie pieniądze z kieszonkowego, że będziesz gorącym tematem lokalnego kółka plotkarskiego. Wisi Ci to. Z donośnym woo-hooo pląsasz nieśpiesznie z powrotem do domu. Współlokatorzy tylko ciężko wzdychają i bez słowa wręczają Ci mopa. No tak. Jeszcze kuchnia do ogarnięcia. Ale masz wywalone – przy dźwiękach Jump Van Halena możesz nawet myć podłogi. Jump! Bowie nuci Ch-ch-changes, a Ty razem z nim.
Czy to już wolność? Nie. Jeszcze łazienka.
Zmieniasz wodę w wiadrze z mopem. Zbierasz wszystko z półek – po co nam piętnaście rodzajów szamponów? Łapiesz za pierwszą butlę i śpiewasz Rebel Rebel, bo jak Bowie wzywa, to musisz odpowiedzieć na wezwanie. Hot tramp, I love you so – zaliczasz poślizg na rozlanym płynie do kąpieli i wykonujesz piruet, którego nie powstydziłaby się Nancy Kerrigan. Nie masz czasu cieszyć się swoją epickością. Na słuchawkach INXS już powala Never Tear Us Apart. Śpiewasz oczywiście z Hutchencem, za mikrofon mając słuchawkę od prysznica. Mopujesz podłogę razem z Joan Jett, śpiewając, że I Love Rock’n’Roll. I wkładasz w to całe serce.
Rozlany płyn pachnie gumą balonową. Po Twoich tańcach pachnie nią już cała łazienka. Przypominasz sobie, że musisz dokupić gumy Turbo. Ale przynajmniej podłoga jest już czysta, a Ty jesteś krok bliżej wolności.
Przy Sweet Home Alabama ogarniasz kabinę prysznicową i zastanawiasz się, po co myć coś, co przecież myje się samo, kiedy Ty się myjesz. Nie siedzisz jednak nad tym długo – masz ważniejsze sprawy: masz spotkanie koło trzepaka.
Twisted Sister podkręca Cię, że przecież we’re not gonna take it. Wykopujesz puste wiadro po mopie z łazienki. Już Ty im wszystkim pokażesz, kimkolwiek oni są. Zaraz po tym, jak współlokatorzy pokażą Ci, co jeszcze zostało do zrobienia.
Wyciągasz psa na spacer. No peszek – Phil Collins akurat wybrał ten moment na objawienie się ze swoim In the Air Tonight. Jak tu milczeć? Gdzieś pod koniec swojej wersji tego utworu orientujesz się, że jesteś w lokalnym parku i wszyscy dziwnie Ci się przyglądają. Nawet pies wygląda, jakby chciał się zapaść pod ziemię. Trzeba się ogarnąć. I może nawet by Ci wyszło, ale ta nora królika jest zbyt głęboka, a na słuchawkach Queen pyta, Is this the real life? – i już wiesz, że nie da rady udawać, że Mamaaa, just killed a man.
Ku Twojej radości – od Scaramouche śpiewa cały park. Czujesz się częścią lokalnej społeczności. To w końcu Twoi ludzie. Ziomki. For meeee, for meeeee!
I tylko psy z politowaniem patrzą na swoich pogujących właścicieli. Nothing really matters. Rozchodzicie się bez słowa. Ale czujesz się epicko. Wracasz do domu. Akurat na stole ląduje rosół i pierogi. Taaak. Życie jest piękne. Choć trochę boli Cię krzyż.
Piękne jest też to Twoje radio. Rock for kids. Młodości — trwaj.
Wszystkiego najlepszego dla Amy Lee z okazji 44 urodzin, dla Toma Delonge z Blink 182 z okazji okrągłej 50-tki, a dla Jeffa Baxtera i Teda Nugenta – stówka z okazji 77. urodzin. Zsumowany wiek tych 7 zespołów na zdjęciu to 2063 lata. Prawie tyle, ile ma ziemia
Tootthie
Piszę – zawsze i wszędzie, na czym się da.
~~~
Fanka popkultury wszelakiej. Mól książkowy z legendarną kupką wstydu, wyznawczyni kofeiny i kolekcjonerka kostek RPG. Ma milion pomysłów na minutę i zaczyna więcej projektów, niż rozsądny człowiek powinien. Sarkazmem polewa wypowiedzi, ale w głębi serca jest raczej pluszową alpaką. Do czasu.
Leave a Reply