
Kawa, gate, repeat – cz. 2
Moje lotnicze przygody zostały ciepło przyjęte, natomiast pojawiło się pytanie – co się stało z Józkiem. Oczywiście nie mam pojęcia, bo nie dane nam było zobaczyć tego na lotnisku, natomiast wymyśliłam ciąg dalszy. O ile część pierwsza to kronika prawdziwych wydarzeń, tak część druga to całkowita fikcja mojego autorstwa. Józek, trzymaj się tam mocno!
Józek wstał z fotela, przecisnął się do przejścia między rzędami.
– Ale jest pani pewna, że chodzi o mnie? – zapytał stewardessę.
– Józef Kowalski, miejsce 15E. To pan.
Józek weschnął i ruszył za kobietą. Chwilę oddechu dała mu ta głupia małpa z 8D, która zablokowała im drogę. Może chodziło o tę sytuację gdy jeden jedyny raz jechał na gapę i złapały go kanary? Ale przecież dał im w łapę, nie musiał pokazywać nawet dowodu żeby dali mu spokój. Nie, to nie mogło być to. Jakiś niezapłacony bilet parkingowy? Ale za to by go wyciągali z samolotu. Pogranicznik zajrzał do samolotu, pilnując jednak by nie przekroczyć progu kabiny. Józek wykorzystał okazję żeby dobrze mu się przyjrzeć. Przepisowa długość włosów “na jeża”, zarost stylizowany na amerykańskich Navy Sealsów, mundur i uzbrojenie jak mokry sen każdego fanatyka Call of Duty. Pogranicznik ewidentnie nie zajmował się wbijaniem pieczątek do paszportów. A ręka na broni wskazywała, że nie warto z nim dyskutować.
– Co pani chce? – powiedział zjadliwym tonem do babki stojącej przed Józkiem.
– A nie, to ja jeszcze usiadę.
Pogranicznik wydawał się zadowolony z takiej odpowiedzi i wycofał się na szczyt schodów, a kobieta wróciła na swoje miejsce. Józek ominął przeszkodę i ruszył powoli w stronę wyjścia.
– Pewnie poborowy i się uchyla – padło teatralnym szeptem gdzieś z lewej strony. Parsknął śmiechem pod nosem. Miał wszystkie papiery przy sobie, podbite i podpisane przez komendanta. Był na przepustce legalnie. Chyba że…
Chyba że ta kanalia, która zbierała dokumenty, postanowiła mu odpłacić za żarty podczas musztry i jego przepustka gdzieś się “zawieruszyła”. Józka oblał zimny pot. Przekroczył próg samolotu i stanął przed dwoma granicznikami, na szczycie rampy. Drugi strażnik, którego wcześniej nie mógł zobaczyć, stanowił wierną kopię pierwszego, tylko taką bardziej cichą, bo wciąż nie odezwał się nawet słowem. Wyglądali obaj jak z okładki Playboya, gdyby ten wydawał świerszczyki dla fanów militariów.
– Jak się pan nazywa?
W tym momencie Józek Kowalski tak bardzo pragnął być Janem Nowakiem.
– Józef Kowalski.
– Dokumenty poproszę.
Józek zaczął grzebać w plecaku. Oczywiście najpierw znalazł etui na okulary, potem, milion długopisów. Portfel z dokumentami rozpaczliwie nie chciał mu pomóc i chował się pomiędzy rzeczami. W końcu wydobył go z plecaka i drżącymi rękoma wydobył dowód osobisty. Podał go temu gadatliwemu. Ten cichy wzrokiem przyszpilił kolesia z obsługi do ściany wewnątrz samolotu.
Gaduła przeczytał dokładnie dane na dowodzie. Jedną ręka trzymał dokument, drugą oparł na kaburze. Józek w myslach obliczał dystans do bezpiecznego schronienia.
– To jak pan się nazywa?
Józek zaczynał mieć dosyć.
– Wciąż Józek Kowalski.
– Zapraszamy z nami.
W Józku zaczęło się budzić poczucie oporu.
– A dlaczego?
– Bo zapraszamy.
Pogranicznik odwrócił się do niego plecami – co Józek najpierw rozpoznał jako błąd taktyczny – i zaczął schodzić po schodach na płytę lotniska. Zaraz jednak pogranicznicy pokazali, że są profesjonalistami – ten cichy poczekał aż Józek ruszy i ustawił się za nim. Mieli go w potrzasku, nie miał dokąd uciec. Nawet jakby skopał tego przed nim ze schodów, to ten drugi zrobiłby z niego ser szwajcarski zanim zdążyłby się odwrócić. Zeszli ze schodów i ruszyli wzdłuż budynku lotniska. Józka coraz bardziej zżerała niepewność. Ominęli wejście do sali przylotów i odbioru bagażu. Usłyszał zapowiedź samolotu do Alicante. Tak bardzo chciałby teraz być na plaży, a nie na patelni wrocławskiego lotniska z uzbrojoną obstawą. Gaduła odpiął małe radio od paska.
– Weźcie ich tam potrzymajcie w tym samolocie jeszcze kilka minut, żeby nie widzieli gdzie idziemy.
– Ale co mam im powiedzieć? – zaskrzeczało radio.
– Nie wiem, wymyśl coś – odparł zmęczonym głosem Gaduła.
– Ale… – odezwal się głos w radiu.
– A chcesz do domu wracać na hulajnodze?- zmęczenie Gaduły wyparowało, zastąpione czystym jadem.
– No dobra, spokojnie, bez nerwów, zapytam znów o serwis.
Gaduła nie zaszczycił rozmówcy odpowiedzią. Przypiął radio do paska.
– Trzeba będzie go nauczyć znów szacunku – rzucił zerkając na Cichego, który w odpowiedzi pasknął tylko śmiechem.
Dotarli do końca głównego budynku lotniska. Tu zaczynała się strefa wojskowa, dostępna tylko dla wybranych. Józka mimo upału oblał zimny pot. To nie mógł być niezapłacony bilet parkingowy, to było duuużo poważniejsze. Celem ich wędrówki wydawał się być wielki metalowy budynek. Dotarli do opancerzonego wejścia, Gaduła przyłożył swoją kartę do czytnika, a drzwi z sykiem puściły i lekko się uchyliły. Gaduła pchnął je szerzej i zrobił krok w bok, gestem pokazując Józkowi, że ma iść pierwszy. Józkowi nagle zrobiło się bardzo zimno. Zatrzasną te drzwi za nim i zamkną go w tym metalowym więzieniu żeby zdechł z głodu? A może zastrzelą i ukryją ciało? “Nie bądź idiotą” zawarczał jego zdrowy rozsądek. W Józku obudziła się nadzieja. Odetchnął z ulgą. “Tu cię nie zastrzelą, to jest metalowy hangar, echo poniesie do hali odlotów i będzie panika. Nie ma nic gorszego niż spanikowani cywile.” Józek przymknął oczy tylko po to by w głowie zobaczyć, jak nadzieja dostaje między oczy od instynktu. “Tu to ci mogą tylko kark skrecić, po cichu, to profesjonaliści.”
– No właź! Nie będę stał na słońcu pół dnia! – warknął Gaduła.
Józek zajrzał do hangaru i zrobił pierwszy krok. Pogranicznicy weszli za nim. Dźwięk zatrzaskujących się drzwi zabrzmiał jak wyrok. Przejście z nasłonecznionej płyty lotniska do zacienionego hangaru sprawiło, że nic w nim nie widział, co dodawało jeszcze do efektu zagubienia. W budynku było ewidentnie chłodniej, co akurat powitał z przyjemnością. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Wyłowił w tle kształt wojskowego samolotu, dziwnych terenówek… Nagle oślepiło go światło lamp samochodu stojącego najwyraźniej na środku hangaru. To nie były zwykłe reflektory, to były wojskowe, mocne światła wojskowego pojazdu opancerzonego. Instynktownie podniósł rękę aby osłonić oczy. Dopiero po fakcie, sekundę za późno, uświadomił sobie, że mogło to zostać źle odebrane przez graniczników za nim. Przygotował się na uderzenie pocisków. Lekko ugiął nogi by rzucić się w bok. Usłyszał jakiś okrzyk, ale jego przerażony umysł zanotował tylko, że nie był to raczej okrzyk grozy. A nawet wręcz przeciwnie… Brzmiał radośnie? Nie odezwały się też pistolety ani karabiny. Zamarł w bezruchu.
– Co? – wybełkotał wciąż usiłując osłonić oczy przed światłem reflektorów.
– Niespodzianka!
– Co… – umysł Józka zaliczył reset.
– Ej, weźcie włączcie normalne światło. I wyłącz te reflektory, idioto, przecież widzisz, że go oślepiasz! – odezwał się Głos 1.
– Sorry! Nie pomyślałem! – Głos 2 wydawał się być szczery w swojej odpowiedzi.
Bolesne światło reflektorów zgasło, zastąpione zwykłymi jarzeniówkami hangaru. Półmrok zamienił się w normalną widoczność. Józek opuścił rękę, zamrugał oczami. Spojrzał w kierunku pojazdu. Przed nim stał nowiuteńki wojskowy AMZ Żubr, a z jego wnętrza wychodzili uśmiechnięci wojskowi.
– Co… – Józek z trudem łapał oddech. Twarze w mundurach powoli w głowie łączyły się z imionami chłopaków z jego jednostki. Janek, dowodzący ich oddziałem. Rysiek, ten idiota, ale świetny kumpel, to chyba on oślepił go reflektorami. Paweł, starszy sierżant, z którym niejedną wódkę obalili. Józek obejrzał się na pograniczników. Stali kilka kroków za nim, obaj usmiechnięci, obaj w zrelaksowanych pozach. Już nie trzymali dłoni na kaburach.
– Niespodzianka – powiedział zjadliwie Gaduła.
Józek spojrzał na kolegów.
– Co tu się kurwa dzieje?
Janek tylko wzruszył ramionami.
– Koledzy z granicznej dali znać, że dziś przylatujesz, widzieli Twoje nazwisko na manifeście. Masz się stawić w jednostce jutro o 9 więc jedziemy dziś na miasto.
– Żubrem?!?
– Nie no, odstawimy najpierw do jednostki, tak nim przyjechaliśmy, dla jaj. Chyba że chcesz…?
– Będziemy Żubrem jeździć po mieście? Po pijaku?!?
– Ej, to nie jest najdziwniejsza rzecz jaką to miasto widziało.
Józek usiadł na zakurzonej podłodze. Było mu słabo.
– Czekaj, wyciągnęliście mnie z samolotu… Pod eskortą… Przed całym samolotem pasażerów… Bez słowa wyjaśnienia… Żeby mnie zabrać na wódkę???
Cały oddział wojskowych rozpromienił się w szerokich usmiechach.
– No! Czad, nie? Granicznicy piją z nami! Zasłużyli!
Józek był na skraju ataku paniki. Niby rozumiał każde słowo i wiedział, że padł ofiarą zwykłego numeruswoich kolegów – i nie oszukujmy się, to nie była najgłupsza rzecz, jaką wymyślili w swej karierze – ale wciąż nie do końca wierzył, że to wszystko dzieje się na serio.
– Czyli nie jestem aresztowany?
– Yyyy, no nie? Myślałeś, że cię aresztowalismy? Przecież to było zatrzymanie, a nie aresztowanie – Gaduła parsknął śmiechem i powoli podszedł do Józka. Wyciągnął rękę.
– Zenek jestem, miło poznać. Nudziliśmy się z chłopakami, bo tu nic się nigdy nie dzieje, to twoim kolegom łatwiej było nas namówić na wycięcie Ci numeru.
– Józek… – wymamrotał Józek i podał Gadule rękę, którą ten najpierw potrząsnął na powitanie, a potem pociągnął by pomóc mu wstać.
– Myślałem… myślałem, że ten mały padalec schował gdzieś moją przepustkę z jednostki i jestem teraz zatrzymany za dezercję.
Gromki wybuch śmiechu po raz kolejny udowodnił, że jest bezpieczny i nic mu nie grozi.
– Nie no, Józek, co ty, dopilnowaliśmy. W końcu zasłużyłeś na wakacje. Padalca spacyfikowaliśmy odpowiednio wcześniej.
Józek otrzepał spodnie. Napiecie powoli z niego schodziło. Pokręcił głową i parsknął śmiechem.
– Ja was, gnoje, kiedyś za to dopadnę. Obiecuję. Zemszczę się.
Kolejny gromki wybuch śmiechu.
– Nie piernicz. Ogarnij się i jedziemy po pozostałych granicznych i potem na miasto.
– Żubrem?
– ŻUBREM!!!
AMZ Żubr:

I jakby ktoś myślał, że ten Żubr to nieprawdopodobny widok na ulicach Wrocławia, to przypomnę tylko, że nie tak dawno doszło do zderzenia wojskowego kołowego transportera opancerzonego Rosomak z osobowym Fordem Fiestą 🙂 I to w biały dzień!
Tootthie
Piszę – zawsze i wszędzie, na czym się da.
~~~
Fanka popkultury wszelakiej. Mól książkowy z legendarną kupką wstydu, wyznawczyni kofeiny i kolekcjonerka kostek RPG. Ma milion pomysłów na minutę i zaczyna więcej projektów, niż rozsądny człowiek powinien. Sarkazmem polewa wypowiedzi, ale w głębi serca jest raczej pluszową alpaką. Do czasu.
Leave a Reply